Perfekcyjna ilość doskonałości

Zbyt często używam słowa „perfekcyjny”. Prawie tak często, jak często słyszę: nie ma w życiu rzeczy perfekcyjnych.
Powód, dla którego zwróciłam na to uwagę jest taki, że to, co nas w życiu spotyka, jest odzwierciedleniem tego, jaki świat mamy w sobie, który z kolei jest reprezentowany przez nasze słownictwo.
Na tej myśli oparta jest gigantyczna liczba szkoleń coachingowych – ze szkoleniami Tony’ego Robbins’a na czele. Jest on jednym z największych propagatorów tej myśli (pomijając superpopularną książkę „SEKRET”, która jest swoistą bibilią dla tych, którzy wierzą w pozytywne myślenie).
Ważna jest samoświadomość TEGO, KIM jesteśmy, żeby lepiej zrozumieć, jakich ludzi i jakie sytuacje przyciągamy. Przecież nie można niczego zmieniać bez uświadomienia sobie tego, CO POWODUJE problem.
Koncepcja przyciągania do siebie takich sytuacji, jakie mamy na myśli ma jeden mały problem. Stała się ona tak powszechna, tak oczywista, że nikt na nią nie zwraca uwagi. Więc kiedy kolejny raz usłyszałam, że nadużywam słowa perfekcyjny, postanowiłam się przyjrzeć temu, jak mówię i co z tego wynika.

Pierwszym moim odkryciem było:
Zakochuję się w rzeczach, sytuacjach, ludziach, którzy mnie zachwycają.
Większość ludzi, o dużo większej dozie zdrowego rozsądku i standardowej wartości współczynnika emocjonalnego – zachwyca się i na tym poprzestaje. Ja z moim perfekcjonizmem zachowuję się zero-jedynkowo. Zachwyt zamienia się w wielką miłość. Ustawiam mój obiekt w centrum uwagi.
To może być przyjemne dla mojego partnera (przyjemne – nie mylić ze zdrowym, czy właściwym podejściem), ale na co dzień, w życiu, to chyba rzeczywiście nie jest najlepsza postawa.
Pocieszające dla mnie jest to, że takie zachowania obsesyjne nie są przypisane dla mnie. Jednakże jak pokazują filmy o obsesyjnej miłości – rzadko zakończenie jest pozytywne, więc nie ma z czego być dumnym.
Perfekcyjna wizja partnera prowadzi do myślenia – „to TEN, NAJLEPSZY”.
To z kolei zamyka nam oczy na rzeczywistość i widzimy wszystko przez piękne okulary o kolorze dowolnym, jaki sobie wybraliśmy.
Ta sytuacja jest niezwykle niekorzystna dla naszego stanu psychicznego:
Popadamy w depresję i apatię.
Jeżeli coś, co się przydarzyło, było najlepsze na świecie to… każda następna rzecz będzie gorsza.  Przy takiej postawie jedyne wyjście to kupić czarne ubrania i zbierać na trumnę, bo życie straciło barwy i sens.
Przy każdej „niedoskonałej” historii koncentrujemy się na tym, co jest nie tak, co jest inne w porównaniu do naszej bajki i cierpimy przy każdej odkrytej różnicy.
Po Antarktyce miałam GIGANTYCZNY spadek nastroju. Już NIGDY, ale to NIGDY nie przytrafi mi się taka niezwykła podróż. NIC już mnie nie zachwyci, nie zauroczy, nie zawróci w głowie. Nie wiem, czy Patagonia rzeczywiście mnie nie zachwyciła, czy moja postawa nie pozwoliła mi jej zobaczyć.
Lodowce w El Calafate nie zrobiły ma mnie wrażenia. Przypominały mi tylko, że moje PERFEKCYJNE lodowce są tak daleko i pewnie długo w porywach do nigdy, ich nie zobaczę.

– Jak się podoba?
– Wspaniale. Sztucznie się uśmiechałam.
Czułam się winna, że jestem tu, gdzie jestem, że tak wiele osób marzy, żeby tu być, a ja jestem i… nie czuję nic oprócz rozczarowania.
Nie pomogły oryginalne pocieszanie moich przyjaciół: ciesz się małymi rzeczami.
Być może jest to najczęściej używana fraza w 150 000 selfbookach, na temat szczęśliwego życia.
Podobnie jak tekst, że inni mają gorzej lub, co za totalny brak wdzięczności – banalność (nawet jeżeli prawdziwa), jest tylko gwoździem do trumny.
Bo to nie jest problem, że o czymś nie wiemy. Ale problem najczęściej polega na tym, że nie wiemy – jak!!!
Moją wiedzę psychologiczną wprowadziła w życie Wenezuela, do której pojechałam znużona już Argentyną. Zwiedzanie w antarktycznym stanie depresji nie było specjalnie korzystne.
Wszyscy moi argentyńscy znajomi powiedzieli, że upadłam na głowę. Bo jeżeli nie jestem zadowolona z Argentyny, to umrę w Wenezueli. I to w najlepszym wypadku. W najgorszym zamordują mnie jeszcze na lotnisku.
Pomijając mój stan absurdalnego załamania, że nic mnie już bardziej perfekcyjnego nie spotka, miałam jeszcze jedno, dziwne nastawienie: nie ma Latynosów fajniejszych niż Argentyńczycy.
Więc nie miałam oczekiwań tylko fatalne nastawienie. Oczywiście nie jestem z siebie dumna, ale przyznaję się do tego wszystkiego, bo może ktoś cierpi na takich chroniczny stan perfekcjonizmu.
Już na lotnisku wiedziałam, że Wenezuelczycy są zdecydowanie bardziej Latino niż Argentyńczycy. Zakochałam się.
Kiedy doleciałam do Los Roques – ujrzałam – najbielszy biały piasek, najwięcej odcieni niebieskiego w jednym miejscu i chmarę pelikanów skaczących do wody…

Każdy następny dzień owocował w więcej zachwytów i uczucie, że jestem w jakiejś totalnej bajce. Ludzie przypominali mi moich ukochanych Kolumbijczyków, chcieli mi pomóc, zanim nawet pojawił się problem.
Kiedyś mój kolega Jacek Dyga, zadał mi pytanie:
– Gdzie jest bajkowe morze, piękne kobiety i tanie życie?
Nie umiałam wtedy odpowiedzieć na to pytanie. Indie ewidentnie nie były w jego stylu. La Guajira – moim zdaniem – będzie się tam nudził. No i problem z tymi kobietami. Kartagena czy Brazylia – nie jest tania. Indonezja – tanio, pięknie, ale uroda kobiet dla wielbiciela… i do tego wątpliwe atrakcje – na ile jest coś innego do robienia niż obcowanie z naturą.
Tak, Jacek mam dla Ciebie odpowiedź, gdzie jest takie miejsce. Zapraszam do Los Roques.
Gdy tylko znalazłam odpowiedź dla Jacka, nagle mi się przypominało, że kiedyś uważałam, że już nigdy nie zobaczę piękniejszej plaży niż San Blas.

I nigdy nie będę miała fajniejszej podroży łódką niż z Panamy do Kolumbii.
I, że nigdzie nie ma piękniejszych kobiet niż w Indiach.
Nie ma cieplejszego morza niż to na Filipinach.
Ani bardziej życzliwych ludzi niż w Kolumbii.
Myślę, że bardzo potrzebowałam spotkać Los Roques, które mi przypomniało, że wszystko, co wydaje mi się najlepsze na świecie takie jest, aż do momentu, kiedy spotykam kolejne… jeszcze lepsze…
I przypomniało mi się, że prawie każde wakacje były lepsze od poprzednich.
I każdy związek (no prawie) był zdecydowanie lepszy od poprzedniego.
To, co pomaga, to przyjęcie założeń, że:

  1. Nasz mózg działa tak, że negatywne wspomnienia tracą na ostrości. I pamiętamy tylko te piękne i wspaniałe. Dlatego rozstania są takie trudne. Euforia pierwszego dnia po wypowiedzeniu: dosyć, odchodzę… – mija po kilku dniach i  jedyne, co pamiętamy to to, jak było doskonale.
  1. Kontakt z rzeczywistością jest podstawą wyjścia z większości trudnych psychologicznych sytuacji. Nawet najbardziej doskonała rzecz na świecie ma swoje wady. Najpiękniejszy diament ma tę wadę, że jest drogi i nie może być twój. Antarktyda była wspaniała z wyjątkiem 2 dni, kiedy mój żołądek był w moim gardle . Wspaniały związek nadal by trwał, gdyby rzeczywiście jego wady były minimalne. Więc warto zrobić powrót do rzeczywistości.

I wreszcie:

  1. Jest na świecie kilka rzeczy, które są perfekcyjne i doskonałe: gdyby była tylko jedna doskonała plaża, jeden doskonały partner, jedna doskonała praca, to świat byłby naprawdę bardzo skomplikowany.

Musimy wierzyć w prawo grawitacji tego wszechświata. To, co nas trzyma – to różnorodność i nieprzewidywalność sytuacji.

I, jak pokazują badania, ci co dużo narzekają, różnią się od tych, co nie narzekają w ogóle. Nie poziomem szczęścia, ale POZIOMEM ZAUWAŻANIA szczęśliwych sytuacji.
Czy używam mniej słowa „perfekcyjny”? Jeszcze więcej!  Tylko dzięki temu, że dodaje słowo „również”, „kolejny”, ”znowu” i przypominam sobie, jak wiele już było rzeczy perfekcyjnych, to najprawdopodobniej oznacza to, że przede mną jest ich jeszcze więcej.
Czy mniej się zakochuję? Nie. Więcej też nie (bo już się nie dało), ale… zdecydowanie mniej idealizuję. Bo miłość nie oznacza idealizacji i bezwarunkowego zanurkowania emocjonalnego, tylko widzenia rzeczy takimi, jakimi są i KOCHANIE ich właśnie za to, że… takimi są.
Jestem nominowana do nagrody Bizneswoman Roku. Jeśli lubisz moje teksty i ciekawi Cię moja praca – będzie mi niezwykle miło, jeśli zagłosujesz na mnie w tym konkursie 🙂 http://sukcespisanyszminka.pl/glosowanie/



,

Autor
Julia

Jeden Komentarz

  • A musi być perfekcyjnie? Nie wystarczy: jest super, jest dobrze, jest tak jak mi zależy? To może wygląda jak zgoda na wszystko, ale tak nie jest. To zachwyt nad tym co nas spotyka.
    Żałuję, że spóźniłam się na glosowanie.
    Pozdrawiam
    Lucy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *